poniedziałek, 30 marca 2009

Ryba zawinięta w gazetę

I jeszcze jeden post do wcześniejszego materiału. We wspomnianej Rzeczpospolitej można było przeczytać następującą historię:

„5 listopada 2008 roku dzwoniłem do przyjaciół w Ameryce, żeby zachowali mi egzemplarz Chicago Tribune" z nocy wyborczej prezydenta Obamy. Mam wszystkie pierwsze strony z rodzinnych miast prezydentów od wyborów Roosevelta. Teraz mam i numer z Obamą, tyle że fabrycznie foliowany z eleganckim nadrukiem wydanie pamiątkowe", nigdy nieotwarty. Wydawca wiedział, że tego egzemplarza nikt nie kupi dla newsów. Ani nawet dla poszerzonych analiz i przenikliwych komentarzy. Wszystko zostało skonsumowane, zanim jeszcze ruszyły maszyny drukarskie. Newsy wszyscy znali z telewizji, a jeżeli szukali głębszych analiz, to znaleźli je w Internecie. Komentatorzy swoje błyskotliwe puenty powtórzyli w radiu, opublikowali w blogach i pewnie zdążyli odpowiedzieć na kilka szyderczych uwag czytelników, zanim gazeta trafiła na ulicę. Tradycyjne wydanie warte jest tyle co pamiątka. Informacja w gazecie stalą się bezwartościowa”.

W tym samym materiale jest jeszcze jeden ciekawy fragment, ilustrujący dewaluację tradycyjnej gazety:

„W lutym tygodnik „Time" dał symboliczną okładkę - rybę zawiniętą w gazetę. Obrazek w zasadzie wystarcza już za odpowiedź na tytułowe pytanie: Jak ocalić gazetę ". Jak ocalić coś, czego nikt nie potrzebuje. W 2008 roku 43 proc. informacji pozyskiwaliśmy z Internetu. Jeszcze dwa lata temu to było zaledwie 24 proc. Co więcej, z roku na rok rośnie popyt na informacje. Według Pew Research Center czytamy dziś średnio trzy razy więcej newsów niż dziesięć lat temu, lecz płacimy za dostęp do informacji cztery razy mniej. Nie tylko czytamy, ale też idziemy tropem informacji. Skaczemy z linku na link z artykułu na artykuł. A potem dopisujemy swoje komentarze. Nawet najbardziej niszowe opracowania mogą dziś liczyć na masowe zainteresowanie” – czytamy w Rzeczpospolitej.

Źródło: Rzeczpospolita, Tomasz Wróblewski, 2009-03-28, str. A22

Koniec gazety wieści sama gazeta

Już powstało wiele podobnych treści. Większość z nich w Internecie. Teraz jednak stało się coś niesamowitego. W Rzeczpospolitej, bardzo renomowanym tytule, zresztą tytule, który czeka na kupca, pojawia się publikacja wieszcząca szybszy koniec tradycyjnej prasy niż nam się wydaje.
Poniżej przedstawię, słowami analityka PRESS-SERVICE Monitoring Mediów, streszczenie tej publikacji. Oczywiście zachęcam do jej lektury również w całości w weekendowej Rzepie.

Ziściło się to, co jeszcze rok temu było jedynie hipotezą. Papierowa gazeta przestaje być produktem codziennego użytku. Za pięć, a może już za trzy lata zabraknie jej w kiosku koło -ciebie, nie przeżyje kolejnej fali cięć prenumeraty w biurach. Zniknie. Zostanie kawiarnianym kaprysem, nostalgią za minioną epoką. Coś jak płyta winylowa, stoi na półce dobrze widoczna, ale w domu nie ma nawet gramofonu, żeby jej odsłuchać.
„My, dziennikarze, powinniśmy być zachwyceni. Od czasów pierwszych starożytnych publikacji nigdy nie mogliśmy liczyć na taki odzew i udział czytelników. Darmowy dostęp do informacji jest olbrzymią zdobyczą cywilizacyjną. Sęk w tym, że nikt nie wie, jak i kto ma za to płacić. Na czym ma polegać ten nowy wspaniały biznes, skoro praca dziennikarza coraz częściej oddawana jest za darmo. Z czego żyją dziś gazety Głównie z cięcia kosztów. Malejące wpływy reklamowe nie są już w stanie utrzymać rozbudowanych i ambitnych struktur redakcyjnych z lat 70. i 80. Jeżeli jeszcze utrzymują się przy życiu, to tylko dzięki radykalnym redukcjom i obniżonym standardom. W Polsce nie mamy dziś jednej gazety, która nie zwalnia dziennikarzy i nie redukuje plac. Jedni pozbawiają się słabszych i mało wydajnych dziennikarzy, a inni tną do spodu. Często ryzykując, że większa epidemia grypy uniemożliwi skompletowanie gazety” – podaje Rzeczpospolita.
„Ogólnopolskie tytuły i te resztkami sił pretendujące do bycia ogólnopolskimi wykazują niezwykłą kreatywność w łataniu zdziesiątkowanych redakcji. Jak łysiejący mężczyzna zaczesujący braki, tak redakcje próbują łączyć działy, najmować stażystów, a ostatnio posiłkować się amatorami - tzw. dziennikarzami społecznymi. W miejsce krajowej publicystyki kupują od hurtowników teksty brytyjskich czy amerykańskich komentatorów. W kilku redakcjach dziennikarze zostali sprowadzeni do roli przeklepywaczy - przepisują informacje ściągnięte ze stron internetowych. Poważne wydawnictwa rezygnują z agencji prasowych i serwisów informacyjnych. Byłby to jeszcze niewielki problem, gdyby nie to, że dla swoich potrzeb podkradają serwisy ze stron internetowych konkurencji. Informacje PAP czy Reutersa zabarwiają kilkoma wypowiedziami, dla niepoznaki zmieniają kolejność akapitów i drukują” – czytamy w Rzeczpospolitej.

Źródło: Rzeczpospolita, Tomasz Wróblewski, 2009-03-28, str. A22

wtorek, 27 stycznia 2009

Attention Marketplace - Outsourcing Magazine

W 15 numerze kwartalnika Outsourcing Magazine, ukazał się materiał na temat rynku Attention Marketplace (http://www.outsourcing.com.pl/8763,szukanie_w_morzu_informacji.html).
W publikacji zacytowano moje wypowiedzi, które pokazują, że na rynek monitoringu mediów również można spojrzeć z innej perspektywy - perspektywy Attention Marketplace. To ciekawa obserwacja ukazująca szerokość filozofii MEDIA INTELLIGENCE.

[...] Rynek monitoringu mediów zmienia się bardzo dynamicznie. Jest ściśle powiązany z rozwojem technologii telekomunikacyjnych i ewolucją mediów. Wzrost dostępu do szerokopasmowego Internetu, czy rozwój usług mobilnych to tylko niektóre czynniki wpływające bezpośrednio na rynek monitoringu. Technologia wpłynęła także na same media i notujemy niespotykane dotąd tempo ich zmiany. Elektroniczne wydania gazet, rozwój Internetu definiowany jako Web 2.0, sprawiły, że media sprzed 5 lat w odniesieniu do obecnych dzieli ogromna przepaść. [...]

[...] Jeszcze kilka lat temu monitoring mediów postrzegany był jako usługa dla agencji PR i dużych firm. Z czasem jednak sytuacja uległa zmianie, bo bardzo mocno wzrosła świadomość potrzeby korzystania z tego typu usług, i co równie ważne zmalała ich cena - zaznacza Sebastian Bykowski, dyrektor Generalny PRESS-SERVICE Monitoring Mediów sp. z o.o
Sebastian Bykowski z PRESS-SERVICE również dostrzega coraz większe znaczenie sieci. - Obserwujemy wzrost znaczenia internetu w bardzo wielu obszarach. Monitoring grup dyskusyjnych, forów, blogów, czy nawet komentarzy pod artykułami to już niemal standard dla każdego naszego klienta – tłumaczy. [...]

[...] Firmy monitorujące media często dostają nietypowe zlecenia. Sebastian Bykowski [...] przytacza przykład przedsiebiorstwa z branży kosmetycznej poszukującej znanej osoby, która miałaby stać się twarzą w jej kampanii reklamowej. W tym celu wynajęła PRESS-SERVICE, aby prześwietlił wypowiedzi w mediach znanych osób, tzw. „celebrytów”. - Firma chciała mieć pewność, że wybierze właściwie i uniknie niebezpieczeństwa, że przyszły ambasador jej marki wcześniej wypowiadał się niekorzystnie w mediach na różne tematy – tłumaczy Bykowski.
To nie jedyne niekonwencjonalne zlecenia. - Zdarzają się również zapytania typu: „chcemy zostać sponsorem danego klubu – chcielibyśmy poznać jaki wizerunek w mediach mają jego kibice” lub „planujemy wejść na zagraniczny rynek; wiemy, że przed nami próbowała zrobić to firma x, dlatego potrzebowalibyśmy raport ukazujący działania tej firmy i popełnione przez nią błędy” - opowiada Bykowski. [...]

[...] O dynamicznym rozwoju attention marketplace przekonany jest również Sebastian Bykowski [...]- Filtrowanie informacji już jest koniecznością, a tendencja wzrostu ich liczby nie tylko się utrzymuje, ale jeszcze bardziej się dynamizuje - mówi. - Zarówno dla klienta biznesowego jak i zwykłego użytkownika konieczne stają się mechanizmy, które pozwolą mu na odnalezienie się w natłoku medialnych wiadomości. Bez tego wsparcia skuteczne zarządzanie informacją nie jest już możliwe - podsumowuje.[...]

wtorek, 16 grudnia 2008

LIDERZY WIZERUNKU

300 000 publikacji… taką liczbę materiałów prasowych przeanalizował zespół PRESS-SERVICE Monitoring Mediów, przygotowując tegoroczny raport Top Marka!


The medium is the message, jak stwierdził niegdyś Marshall McLuhan. Żyjemy w rzeczywistości, w której media obserwują i komentują otoczenie, kreują nasze gusta i przekonania, mają olbrzymią władzę nad wydarzeniami, mogą zniszczyć markę, wstrząsnąć giełdą, wywołać powszechną panikę. Jak w sytuacji, gdy mamy do czynienia z konwergencją środków masowego przekazu, tysiącami źródeł informacji, terabajtami wiadomości przelewającymi się przez nasze łącza, właściwie zinterpretować płynący z nich przekaz? Odpowiedz brzmi: skorzystać z nowoczesnych narzędzi oferowanych przez monitoring mediów.

Przygotowanie prezentowanego w zestawieniu Top Marka szczegółowego przeglądu dziesięciu sektorów polskiego rynku było zadaniem niezwykle trudnym. Analiza wybranych branż na przestrzeni ostatniego roku objęła trzysta tysięcy materiałów zawartych w ponad tysiącu tytułów prasowych. Opracowanie, jakie oddajemy w Państwa ręce, jest rezultatem bardzo pogłębionych wielopoziomowych analiz, opartych o specjalistyczną metodologię. Obraz wyłaniający się z tego bogactwa, ze względu na ograniczoną przestrzeń redakcyjną, jest z konieczności obrazem uogólnionym, ale nie pozbawionym detali. Składa się nań olbrzymia liczba tematów, kluczowych dla wizerunku spółek, dla perspektyw i kierunków rozwoju biznesu.
Jesteśmy społeczeństwem informacyjnym. W czasach, w których przekaz medialny wpływa na nasze decyzje zakupowe, kształtuje gusta wyborcze czy wywołuje zainteresowanie nowymi dziedzinami, badanie wizerunku prasowego wydaje się nie tylko oczywiste, ale i konieczne. Mam nadzieję, że w tym kontekście wspólne przedsięwzięcie Redakcji miesięcznika Press i zespołu PRESS-SERVICE stanie się dla Czytelników źródłem wielu ciekawych informacji i wniosków, a także inspiracją do zagłębienia się w niezwykły świat Media Intelligence.

Zapraszam do lektury najnowszego (grudniowego) magazynu PRESS.

piątek, 19 września 2008

Antytrendy z okładek

Amerykańscy inwestorzy żartują sobie z masowych mediów. Wg nich są one świetnym antywskaźnikiem zachowań rynków finansowych. Podobno jest powiedzenie, że "jeśli Bóg chce kogoś zniszczyć, wrzuci go na okładkę BusinessWeek'a". Nawet początkujący inwestorzy wiedzą, że giełda wycenia przyszłość, a fakty z przeszłości są już uwzględnione w bieżących kursach akcji. Prawdziwy biznes nie lubi rozgłosu i medialnego szumu.

Te informacje z rynku inwestorskiego tylko na pozór nie mają wiele wspólnego z media intelligence - moją wizją branży monitoringu mediów. Zakładam, że w mediach są wszelkie informacje jakie potrzebuje biznes (ale nie tylko) do efektywniejszego działania. Analiza tych informacji, pogłębione badanie faktów medialnych, śledzenie trendów daje wartościową wiedzę nie tylko dla specjalistów od public relations, ale także osób z marketingu, badań rynkowych czy zarządu. Szczególnie Ci ostatni potrzebują informacje nawet o najmniejszych, najcichszych sygnałach z otoczenia biznesowego.

Kupuj plotki, sprzedawaj fakty - to dewiza doświadczonych inwestorów i zaawansowanych graczy. Dzięki niej mogą wyprzedzać działania mas szukających szczęścia na giełdzie, ale także dzięki niej podtrzymywać ich zainteresowanie. Teoria efektywnego rynku sugeruje, że zanim jakiś podmiot odnoszący spektakularne sukcesy stanie się na tyle znany, aby trafić na pierwsze strony gazet czy czasopism, inwestorzy zdążą zdyskontować prasowe rewelacje. Niestety, niewielu kieruje się jej wytycznymi. Jak można zauważyć te prawidłowości? Bardzo często, gdy wiadomości o znakomitych wynikach, super fuzji czy wielkim kontrakcie trafią na giełdę, akcje danej spółki będą raczej tanieć (lub pozostawać na dotychczasowym poziomie), natomiast jasne stanie się, czym były spowodowane wzrosty jej walorów na wcześniejszych sesjach.

Przeczytałem ostatnio o badaniu, jakie przeprowadzili profesorowie na amerykańskim Uniwersytecie w Richmond. Prześledzili oni okładki inwestycyjnych magazynów Forbes, Fortune oraz BusinessWeek. Tym bardziej było to dla mnie ciekawe, ponieważ dokonali oni analizy podobnej do takich, jakie wykonujemy w PRESS-SERVICE Monitoring Mediów dla naszych klientów. Naukowcy badali na przestrzeni 20 lat przekazy z okładek pism pod kątem zależności kursów akcji spółek od przedstawienia ich zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym świetle.

Pierwszy wniosek jaki wyciągnęli jest taki, że zdecydowanie przeważały optymistyczne nagłówki. Podobnie zresztą jak w świecie inwestycji maklerzy wydają więcej rekomendacji "kupuj" niż "sprzedaj".
Drugi wniosek, to taki, że pozytywnie pisano o spółkach, których akcje w ostatnim czasie mocno drożały, średnio o 42% lepiej niż indeks szerokiego rynku (tamtejszy WIG). W negatywnym świetle przedstawiano te podmioty, których walory nie cieszyły się wzięciem wśród inwestorów, średnio wypadały o ok. 37% gorzej niż rynek.
Trzeci wniosek zaś dotyczy potwierdzenia, że masowe media są antywskaźnikiem inwestycyjnym. Patrząc na przyszłość po publikacjach takich pozytywnych informacji o danych spółkach, rok po wydaniu tych pism, akcje tych firm były warte średnio o 4,2% mniej niż indeks szerokiego rynku, natomiast walory wcześniej krytykowanych podmiotów pokonywały benchmark przeciętnie o 12,4%!



Powyższe badanie dowodzi, że inwestorzy mogli bardzo dobrze zarobić podejmując odwrotne decyzje do sugerowanych przez renomowane magazyny. W żadnym jednak wypadku nie oznacza to, że dziennikarze tych pism byli niekompetentni i nie wymyślali tych nagłówków z okładek, tylko po to, żeby czytelnicy mogli na ich podstawie dobrze (lub o zgrozo, źle) zainwestować. Oczywiście przyczyna jest trywialna, i odnosi się do prawdy, że głównym celem, w każdym biznesie (w wydawniczym także) jest jak najwyższa sprzedaż. Wiadomo, że najlepiej sprzedają są tematy, które są aktualnie "hot", "trendy" czy "jazzy", a gdy takie określenie przylgnie do jakieś spółki czy wydarzenia rynkowego, istnieją duże prawdopodobieństwo, że trend został już zaakceptowany przez większość inwestorów.

Źródła: http://www.summit-advisors.com/summit-financial-advisors/2008/2/10/magazine-cover-indicator.html, PRIVATE BANKING "Anty rekomendacje" - autor: Łukasz Wróbel - analityk

środa, 17 września 2008

Już za chwilę zmiana warty?

Fantastyczny materiał podesłał do mnie ostatnio jeden ze współpracowników. To prezentacja nowego e-paper'u firmy PlasticLogic, rewolucyjnego (wg jego producenta) czytnika. Warto go zobaczyć pod tym linkiem:
http://link.brightcove.com/services/link/bcpid980795693/bctid1778578839

Inny przykład to już europejskie próby wprowadzenia e-paperu. Co ciekawe ta inicjatywa telekomu (France Telecom) jest budowana na współpracy z 5 paryskimi tytułami (Le Monde, Le Parisien, Les Echos, L’Equipe, Télérama). 150 czytelników dostało do testowania urządzenia, które w przyszłości mają zastąpić papierowe wydania gazet.
http://www.orange-innovation.tv/webtv/mode/detail/236/orange-lance-l-experimentation-de-read-go-le-premier-kiosque-a-journaux-mobile-connecte-en-3g/

Od strony technologicznej wszystkie z prezentowanych rozwiązań są zbliżone, czyli czarno-białe czytniki oparte o e-ink, dzięki czemu posiadają wspaniały kontrast i są energooszczędne. Problemem może okazać się cena. E-paper France Telecom z prędkością 3G i wbudowaną pamięcią 1GB pozwalającą na zapisanie ok. 200 wydań gazety, to koszt ok. 500 Euro (urządzenia innych producentów, kalkulowane są na podobnym poziomie). Wydaje się, że niestety jest to nadal skuteczna bariera dla masowego rozpowszechnienia tej technologii. Poza tym jeszcze jest kwestia przyzwyczajeń i oczywiście reakcji reklamodawców, którzy mogą nie być zainteresowani umieszczaniem swoich przekazów w takim kanale (posiadającym jeszcze wiele wad).
Tak czy inaczej patrząc na kolejną próbę wejścia na ten rynek coraz to nowych graczy (i to dużych graczy) mam wrażenie, że stajemy się świadkami bardzo ważnych dla rynku prasowego zmian. Zmian, które jeszcze szybciej niż w przewidywaniach analityków popchną w kierunku e-gazet i nowych mediów elektronicznych.

czwartek, 14 sierpnia 2008

Cyberwojna?

Jest czas olimpiady. Wielkiego święta sportu, rywalizacji i pokoju. Jednak zupełnie tego nie czuję. Nie udzielił mi się nastrój sportowego zaangażowania, kibicowania i wiary w polski sukces sportowy. Z pewnością ma na to wpływ, to co dzieje się na pekińskich arenach sportowych. Nasze gwiazdy, zawodnicy, w których zawsze wierzyliśmy, że są w stanie pokazać swój talent zawodzą. Co gorsza zawodzą w brzydkim stylu. Słyszymy jakieś dziwne tłumaczenia, że zawsze jest winny ktoś trzeci…
Ale to nie wszystko. Większe przygnębienie i wpływ na to jak się teraz czuję ma to, co się dzieje na arenach, ale już nie sportowych, lecz bitewnych i politycznych w Gruzji. Sytuacja, którą obserwujemy niestety nie jest taka jednoznaczna. Trudno rozsądzić, kto kogo sprowokował do tej wojny. Niezaprzeczalnym faktem jest na pewno to, że znacznie większych sił i bardziej stanowczo i agresywnie zareagowali Rosjanie, ale do tego poziomu nie można sprowadzać całej dyskusji i oceny tego konfliktu. Nie mnie osądzać jak w rzeczywistości wygląda ten konflikt. W XXI wieku jesteśmy obserwatorami taki krwawych demonstracji siły. W większości Polacy sympatyzują z Gruzinami, odzywają się głosy potępiające imperialistyczne zapędy Rosji. Niektórzy prezydenci porównują sytuację do lat 1938-1939, jeszcze inni mówią o podjęciu koniecznej walki z Rosją na gospodarczej i politycznej arenie. Pewnie i tak to nie wiele zmieni, jeżeli stanowczo nie zareagują USA i groźby izolacji Rosji nie staną realne.
To wielowątkowa sprawa, ale chciałbym jednak zwrócić uwagę na jeden z elementów, który ma związek z tą wojną, a jednocześnie dotyczy świata mediów. Nie chodzi mi o kształtowanie wizerunku tej wojny przez różne media w tak odmienny sposób, że w oczach ich odbiorców widzimy zupełnie różne twarze tego samego konfliktu – niestety w większości przypadków, Ci odbiorcy nie mogą porównać tych obrazów i samemu zadecydować jaki jest w rzeczywistości. To bardzo szeroki temat idealnie nadający się na prelekcję dotyczącą dywergencji mediów. To co chciałbym zasygnalizować, to fakt na jaki natknąłem się w dzisiejszej Gazecie Wyborczej. W krótkim materiale „Cyber Atak” autor o pseudonimie MK piszę o tym, że już od 20 lipca była prowadzona internetowa wojna w Gruzji. Strony rządowe, prezydenta a nawet Narodowego Banku Gruzji były natarczywie atakowane prawdopodobnie przez rosyjskich hakerów i organizacje (przestępcze). Obecnie te ataki się zdynamizowały i mogą jeszcze bardziej przybierać na sile. Mało tego, nadal działa rosyjska strona stopgeorgia.ru, na której każdy użytkownik może pobrać program potrzebny do blokowania gruzińskich stron. Ten przykład pokazuje, jakie są tendencje w obecnym świecie, świecie komunikacji, mediów i informacji. Może się okazać, że przyszłe konflikty, gdy będziemy jeszcze bardziej uzależnieni od sieci sprowadzą się tylko, albo w większości do działań w Internecie, sieciach komórkowych lub innych komunikacyjnych. Nie będzie potrzeba dział i czołgów, a efekty będą mogły być jeszcze bardziej destrukcyjne i dotkliwe dla tych, którzy będą celem takich ataków. Kto wie, ale za sprawą takich wojen, będą wywoływane większe niż w „tradycyjnych” wojnach napięcia i chaos, a także co bardzo prawdopodobne, śmieć rzeszy ludzi…

Koniec z iluzją AVE. W obronie decyzji i budżetów

Po kilku latach absencji w tworzeniu wpisów na moim blogu - swoją aktywność przeniosłem na LinkedIn - postanowiłem przerwać to milczenie. To...